Nasza weekendowe przygoda w Beskidach za nami – od złotej jesieni po zimową Królową
W pierwszy dzień ruszyliśmy na podbój Skrzycznego (1257 m n.p.m.), czyli najwyższego szczytu Beskidu Śląskiego. Pogoda? Bajka! Słońce świeciło jak na zamówienie, widoki aż po horyzont, a kolory jesieni wyglądały jak z pocztówki. Idealny dzień na wędrówkę – człowiek aż zapominał o tym, że pod górę czasem jednak trzeba się zmęczyć. Ze szczytu panorama była tak piękna, że nikt nie miał ochoty schodzić. Pierwszy punkt do Korony Gór Polski zaliczony z uśmiechem na twarzy.
Drugiego dnia przenieśliśmy się do Beskidu Żywieckiego, a tam czekała na nas Babia Góra (1725 m n.p.m.) – „Królowa Beskidów”. I tu już klimat kompletnie inny. Jesień została gdzieś w dolinach, a na szlaku zrobiło się… zimowo. Śnieg, lód i wiatr sprawiły, że wspinaczka nabrała charakteru małej wyprawy polarnej. Ale jak wiadomo, kto zdobywa KGP, ten się nie poddaje – i tak weszliśmy na Diablak. Satysfakcja podwójna: raz, że Babia zdobyta, a dwa – że nie zdmuchnęło nas z grani.
Podsumowując: w dwa dni udało się nam zaliczyć dwa wielkie szczyty z listy KGP i przy okazji przeżyć dwa różne oblicza gór – złotą jesień w Śląskim i zimową aurę w Żywieckim. Trochę jak dwa wyjazdy w jednym – i to właśnie sprawia, że góry są takie niesamowite!
W załączniku kilka zdjęć autorstwa uczestników














