Bieszczady nigdy nie zawodzą – wystarczy kilka kroków na szlaku i już człowiek wie, że to była najlepsza decyzja. My wpadliśmy tylko na dwa dni, ale zdążyliśmy zgubić oddech na podejściach, odzyskać go na szczytach i zostawić trochę serca na połoninach. ![]()
![]()
Dzień pierwszy zaczęliśmy od ataku na Małą i Dużą Rawkę. „Mała” miała być rozgrzewką, ale nogi szybko zaczęły zadawać pytania w stylu: „po co ci to było?”. Na szczęście odpowiedź przyszła sama – wystarczyło stanąć na szczycie i spojrzeć na panoramę Bieszczadów. Widoki? Kosmos!
Po zejściu do Ustrzyk Górnych szybki przejazd na nocleg i wieczorne ognisko, które – jak to zwykle bywa – przeciągnęło się w długie rozmowy i śmiechy pod rozgwieżdżonym niebem. ![]()
![]()
Dzień drugi – żeby nie było za lekko – Połonina Wetlińska. Start w Brzegach Górnych (a dla niektórych w Przełęczy Wyżniańskiej
) i marsz do Wetliny. Szlak jak z pocztówki – złote trawy, słońce i to wrażenie, że człowiek chodzi w chmurach. Trochę wiało, trochę paliło w łydkach, ale z każdym krokiem było jasne: dla takich chwil warto się zmęczyć. ![]()
![]()
Podsumowanie? Dwa dni, dwa szczyty, setki kroków i tysiąc powodów, żeby wrócić. Bieszczady – magia, której nie da się opisać, ale łatwo ją pokochać. ![]()
A w załączniku kilka zdjęć uczestników wyjazdu

































